English French German Italian Polish Portuguese Russian Spanish
Ratownik dziecięcych mózgów PDF Drukuj Email
PRZEKRÓJ  |  25 czerwca 2009    Anna Szulc

Osiągnięcia profesora Grzegorza Węgrzyna biologa molekularnego i genetyka, są policzalne. Wystarczy wymienić 200 naukowych artykułów i imiona kilkudziesięciu polskich dzieci uratowanych od nieuchronnej śmierci.

Powody, dla których świecą kałamarnice, zostały już wyjaśnione. Wiadomo, że światło pomaga im w zalotach lub w wabieniu ofiary. Ale po co świa­tło bakteriom? - zastanawiał się urodzony w 1963 roku bio­log Grzegorz Węgrzyn, jeden z najmłodszych profesorów w Polsce. Czasem odstawiał na bok badania świecących bakte­rii. Wtedy zajmował się genami, a dokładniej procesem podwajania materiału genetycznego (DNA) przez komórki.

O pracach profesora, obecnie szefa Katedry Biologii Molekularnej na Uniwersytecie Gdań­skim i prorektora do spraw nauki tegoż uniwer­sytetu, rozpisywały się najpoważniejsze świato­we pisma naukowe. Przebąkiwano, że polskie nauki biologiczne wzbogaciły się o geniusza.

- Przez pewien czas byliÅ›my Å›wiÄ™cie prze­konani, iż w ogóle nie sypia - wspomina doktor Joanna Jakóbkiewicz-Banecka, współpra­cowniczka profesora z katedry. SypiaÅ‚. MiaÅ‚ nawet życie prywatne. OżeniÅ‚ siÄ™ i  jak wielu zwykÅ‚ych i niezwykÅ‚ych ludzi - chciaÅ‚ mieć dzieci. Profesor WÄ™grzyn prowadziÅ‚ badania pod­stawowe, istotne dla czystej nauki - mówi pro­fesor Maciej Å»ylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, też biolog molekularny. I ra­czej nie myÅ›laÅ‚ o tym, czy rezultaty badaÅ„ bÄ™dÄ… użyteczne dla przeciÄ™tnego czÅ‚owieka.

Tymczasem praca profesora niemal z dnia na dzieÅ„ musiaÅ‚a przekuć siÄ™ w praktykÄ™ ratu­jÄ…cÄ… życie - w  tym życie jego wÅ‚asnej córki.

Åšmiertelna diagnoza

  W1998 roku Alicji i Grzegorzowi WÄ™grzynom, małżeÅ„skiej parze biologów genetyków, urodzi­ła siÄ™ córka. PrzyszÅ‚a na Å›wiat z chorobÄ… gene­tycznÄ…. NieuleczalnÄ… i Å›miertelnÄ…, statystycznie wystÄ™pujÄ…cÄ… raz na sto tysiÄ™cy urodzin. U dzieci genetyków takie dziecko rodzi siÄ™ z pewnoÅ›ciÄ… raz na miliony. - Jak widać, statystyka potrafi nas zaskakiwać - uÅ›miecha siÄ™ dziÅ› profesor.

Profesor Węgrzyn uśmiecha się często. Chętnym okazywaniem pozytywnych emo­cji odróżnia się od zwykle poważnych (może od ciężaru wiedzy) polskich naukowców. Jed­nak w 2002 roku, gdy dowiedział się, że cztero­letnia wówczas Ola choruje na mukopolisacharydozę (MPS) typu I, mógł wyłącznie zapłakać.

„Mukopolisacharydy to długie łańcuchy cząsteczek cukru biorące udział w tworzeniu między innymi tkanki łącznej. Za pomocą od­powiednich enzymów są nieustannie w organi­zmie rozkładane na pojedyncze części i na po­wrót tworzone" czytamy na stronie internetowej Stowarzyszenia Chorych na MPS. Jak to rozumieć? U chorych dzieci brakuje enzymów potrzebnych do normal­nej przemiany cukrów. Odkładają się one w ich ciałach, zmieniają rysy twarzy, de­gradują kości i narządy wewnętrzne. Cza­sem umysły. Wszystko zależy od typu cho­roby. Jest ich kilka, wszystkie do niedaw­na były śmiertelne. Dzieci umierały, za­nim dorosły. Umierały w zapomnieniu, bo państwo uznało, że - z punktu wi­dzenia budżetu - takiej choroby nie ma. Do dziś mukopolisacharydoza nie została wpisana na listę chorób przewlekłych.

- Wyobraź sobie, że rodzisz piękne, zdrowe niemowlę - mówi Lidia Kiersztyn z Krakowa, mama sześcioletniego dziś Lu­dwika. - Wyobraź sobie, jak stawia pierw­sze kroki i wymawia pierwsze słowa.

A potem wyobraź sobie, jak brzuszek twojego dziecka zaczyna przypominać brzuch kobiety w zaawansowanej ciąży, jak sprawne dotąd rączki zaczynają wy­glądać jak dłonie sparaliżowanego starca, jak słowo „mama" zamienia się w nieusta­jący krzyk. I jeszcze wyobraź sobie, że znikąd nie masz pomocy. Bo jeszcze nie wiesz o ist­nieniu profesora Węgrzyna.

Profesor dziś wie, że rodzice dzie­ci z mukopolisacharydozą, choć życzą mu wszystkiego, co najlepsze, błogosła­wią fakt, że genetykowi urodziła się cho­ra Ola. To dzięki temu pięć lat temu ten prawdziwy geniusz odstawił na bok czy­stą naukę i zaczął szukać ratunku dla cór­ki, a więc i innych śmiertelnie chorych dzieci. A warto wiedzieć, że każdy z typów choroby MPS wymagał wynalezienia in­nego lekarstwa.

Mur przed mózgiem

Grzegorz Węgrzyn zamieszkał w biblio­tekach lub wędrował po Internecie. Przewertował sterty prac naukowych, by trafić na pomocną teorię. W tym czasie pewien amerykański Grek wynalazł enzym, któ­ry hamował rozwój MPS typu I. Profesor podał enzym Oli. Rozwój choroby się za­trzymał.

Wkrótce potem pisma medyczne do­niosły o wynalezieniu enzymów również dla chorych z MPS II i MPS VI.

Bez nadziei zostali rodzice dzie­ci z MPS III, zwanej także chorobą Sanfilippo, u których nierozłożone w organi­zmie cukry degradują przede wszystkim mózg. W Polsce jest ponad 40 takich dzie­ci. Na świecie dwa, może trzy tysiące.

Profesor Węgrzyn doświadczył tego samego cierpienia, które było udzia­łem rodziców innych dzieci z mukopolisacharydozą. I choć jego córka czuła się le­piej, chodziła nawet do szkoły, to nauko­wiec już nie potrafił się od rodziców od­wrócić. Kłopot polegał niestety na tym, że w przypadku MPS III wynalezienie odpowiedniego lekarstwa-enzymu nie roz­wiązywało sprawy, bo problemem było­by jego skuteczne dostarczenie do obję­tego chorobą mózgu. A mózg człowieka otoczony jest barierą - wyjaśnia Grzegorz Węgrzyn.­

Przez tę barierę nie przenikają drobno­ustroje i szkodliwe substancje, ale także lekarstwa w postaci złożonych związków chemicznych, takich jak białka, w tym - brakujący enzym. Profesor Węgrzyn podszedł więc do cukrów od innej strony.

-Pomogła mi czysta nauka - mó­wi. Czyli publikacje niezwiązane z me­dycyną, ale opisujące działanie izoflawonu - związku należącego do metabolitów, czyli substancji będących ubocznym produktem metabolizmu roślin. W tym przy­padku soi. Węgrzyn doczytał się, że genisteina może hamować produkcję substancji, których nadmiar w komórkach dzie­ci cierpiących na MPS III jest przyczyną choroby.

W 2006 roku, w porozumieniu z leka­rzami z Centrum Zdrowia Dziecka i Aka­demii Medycznej w Gdańsku, genetyk za­czął eksperymentalnie, w ramach pilota­żowych badań klinicznych (na które udało mu się zdobyć pieniądze z różnych grantów) podawać preparaty zawierające soję wybranym dzieciom z MPS III. Były wte­dy na krawędzi śmierci.

Mama i kotlet

Cztery lata wcześniej Agnieszka Róg z Ra­domia zaczęła dzień po dniu opisywać w dzienniku zamianę jej dotąd pełnego życia dziecka w warzywo. W 2006 roku jej przykuta do łóżka 13-letnia córka przesta­ła samodzielnie jeść. - Miałam poczucie, że właśnie zaczyna się agonia - przyzna­je matka. Od końca 2008 roku jej notat­ki się zmieniają. „Stał się cud. Moja cór­ka znów zaczęła jeść łyżeczką" - napisała któregoś dnia.

- Mój syn, który dawno zapomniał mowy i smaku jedzenia, pewnego dnia stanął przy stole i zawołał: Mama! Kotlet! - wspomina inna kobieta.

Tymczasem eksperyment profeso­ra Węgrzyna - mimo zachwytów świa­towej prasy naukowej - nieoczekiwanie stanął w miejscu. Z powodu prawa natu­ry, które umieściło genisteinę w soi. - Nie­stety, to substancja naturalna. Nie można jej opatentować i czerpać z tego zysków - wyjaśnia profesor.

Dlatego żaden z koncernów farmaceu­tycznych nie jest zainteresowany sponso­rowaniem kolejnych etapów kosztownych badań klinicznych. Zgodnie z logiką kon­cernu musiałby to być drogi lek, bo pa­cjentów jest mało. Tylko jak stworzyć dro­gi lek, skoro wiadomo, że podobne sub­stancje (choć nie tak skuteczne) znaleźć można w zwykłych tabletkach z soją?

Być może w takich sytuacjach badaczom powinno pomóc paÅ„stwo? - zastanawia siÄ™ Maciej Å»ylicz. PaÅ„stwo jednak milczy. Z zaÅ‚ożenia nie wspieramy badaÅ„, które mogÅ‚yby przynieść dochód prywatnym  firmom farmaceutycznym - wyjaÅ›nia mi (anonimowo)  urzÄ™dnik w Minsterstwie Nauki.

A Jakub Gołąb, rzecznik resortu zdrowia, przekonuje: - Musimy brać  pod uwagÄ™ ra­chunek ekonomiczny. Refundowanie bardzo drogich leków dla niewielkiej grupy pacjen­tów jest teraz zbyt wielkim obciążeniem.

Tymczasem w preambule rozporządze­nia Unii Europejskiej z 2000 roku czyta­my, ze państwa członkowskie mają dążyć do sytuacji, by chorzy na rzadkie choroby bez względu na sytuację ekonomiczną kraju mieli dostęp do terapii.

Åšwiat go ciÄ…gnie

Nadzieja przeniosła się do Holandii. Tamtej­si naukowcy znaleźli pieniądze na program kliniczny z genisteiną w tle i zaprosili profe­sora Grzegorza Węgrzyna do Amsterdamu.

- Obiecali nam pomóc - przyznaje genetyk.

- Być może już od lata tego roku będziemy mogli wrócić do badań klinicznych.

BadaÅ„, których efektem może być opraco­wanie genisteiny w bardziej udoskonalonej formie. Tymczasem dziaÅ‚ajÄ…cy w Stowarzy­szeniu Uratujmy Å»ycie matki i ojcowie dzie­ci chorych na mukopolisacharydozÄ™ ogÅ‚osili akcjÄ™ zbierania funduszy, by wesprzeć pol­skie badania Grzegorza WÄ™grzyna. RobiÄ… to, bo bojÄ… siÄ™, że profesor pewnego dnia na do­bre z  kraju wyjedzie.

Nie potrafię wyobrazić sobie, że mam dziecko chore na mukopolisacharydozę. Nie wyobrażę sobie cierpienia chorych i ich rodzi­ców. Ale jestem w stanie wyobrazić sobie słyn­nego polskiego biologa i genetyka na emigra­cji. Bo wierzę, że zrobi to nie dla pieniędzy lub czystej nauki, ale by z prawami natury, któ­re jak na złość umieściły genisteinę w zwykłej soi, jeszcze skuteczniej powalczyć.

PRZEKRÓJ  |  25 CZERWCA 2009    ANNA SZULC